ആദ്യത്തെ 200 വരികൾ.
film oparty na faktach
Wstajemy.
- Zrobię listę. - Czego?
- Prezentów na urodziny? - Tak.
Wiesz, że dużo nie dostaniesz?
Wiem. Ale tak będę mógł się zastanowić i wybrać.
Sprytnie. Zrób listę.
Będziesz umiał wszystko napisać?
- Chyba tak. - Dobrze.
- Jak ci tu jest? - Nieźle.
Pójdziemy potem do parku?
Nie, muszę jechać do Oakland. Zresztą zobaczymy.
Buziak.
Bądź dzielny.
Przepraszam.
Kiedy to zamalujecie?
A "szczęście" pisze się inaczej. Już wam mówiłem.
Nazywam się Chris Gardner.
Swojego ojca poznałem, mając 28 lat.
Obiecałem sobie,
że moje dzieci będą mogły zawsze na mnie liczyć.
Oto dzieje mojego życia.
Ten rozdział nosi tytuł "Jazda autobusem".
Co to?
To wehikuł czasu, prawda?
Tak wygląda.
To wehikuł czasu. Zabierz mnie ze sobą.
Ta maszyna,
którą trzymam na kolanach...
On ma wehikuł czasu.
Może podróżować w przeszłość.
...to nie wehikuł czasu,
tylko przenośny densytometr.
Sprzęt medyczny. Handluję tym.
- Dziękuję za spotkanie. - To niepotrzebne. I drogie.
- To może?... - Dzięki.
Daje nieco lepszy obraz od rentgena za dwa razy wyższą cenę.
Cześć.
- Co jest? - Nie zdążę po małego.
O siódmej mam drugą zmianę.
Muszę jechać do Oakland.
Mam Chrisa odebrać, nakarmić, położyć i wrócić tu na siódmą?
- Tak. - Przyszło wezwanie z podatków.
Co ty na to?
Widzicie ten wóz? Ten ze ślicznym żółtym butem?
To mój.
Pod szpitalem nie wolno parkować.
Tak już jest, kiedy się człowiek śpieszy.
Dzięki za spotkanie.
- Może w przyszłym kwartale? - Kto wie.
Żeby mieć na czynsz i przedszkole,
musiałbym sprzedać dwa miesięcznie.
I jeszcze jeden na mandaty.
Kłopot w tym,
że już dawno nie sprzedałem żadnego.
Odkąd to nie lubisz makaronu z serem?
Od zawsze.
- Co to? - Co?
- Co to? - Prezent dla małego.
- Od kogo? - Od Cynthii. Z pracy.
To dla dorosłych. Chris nie wie, co z tym zrobić.
A co trzeba z tym zrobić?
Każdy bok ma być w innym kolorze.
Zapłaciłeś podatek?
Napiszę prośbę o odroczenie.
- Już napisałeś. - Napiszę jeszcze jedną.
650 dolarów. Będę miał za miesiąc.
Plus odsetki.
- I kara. - Nieduża.
Załatwię to. Wyluzuj trochę.
- Spokojnie. - Muszę wracać do pracy.
Czas do łóżka. Talerz włóż do zlewu.
Parę dni temu otrzymałem raport
o stanie naszej gospodarki.
Nie spodoba się państwu. Mnie też się nie spodobał.
Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy
i wziąć się do roboty.
Wszystko w naszych rękach.
Budżet federalny wymknął się spod kontroli.
Spodziewany deficyt to 80 miliardów dolarów.
To więcej niż cały budżet w 1957 roku.
Przepraszam. Mam dwa pytania.
Co pan robi i jak pan to robi?
- Jestem maklerem. - Maklerem.
Do tego trzeba mieć studia, co?
Nie. Wystarczy mieć głowę do liczb i rękę do ludzi.
- I już. - Dzięki.
Możesz wziąć wóz na weekend,
- ale w poniedziałek mi go odstaw. - Dorzuć do parkometru.
Pamiętam, jakby to było dziś.
Wyglądali na takich szczęśliwych.
Czemu ja tak nie mogę?
Wrócę na szóstą.
Po pracy wpadnę jeszcze do biura maklerskiego.
- Po co? - Podpytać o pracę.
Tak? Jaką?
Jako dzieciak byłem świetny z matmy.
Może im się przydam.
Jako kto?
Makler.
- Makler? - Tak.
Astronautów nie szukają?
Nie mów tak do mnie.
Pójdę tam. W godzinach pracy.
Poszukaj lepiej klientów.
Nie musisz mi przypominać.
Mam trzech z samego rana.
A o czynszu pamiętasz?
Pewnie nie.
Zalegamy za dwa miesiące.
Za tydzień będzie trzy.
Od czterech miesięcy pracuję na dwie zmiany.
Sprzedaj, co masz i znajdź normalną robotę.
Staram się.
Robię, co mogę. Dla ciebie i Christophera.
Weź się w garść.
Linda.
Linda.
PRZYJMUJEMY ZGŁOSZENIA NA STAŻ W BIURZE MAKLERSKIM
Ten rozdział w moim życiu nosi tytuł "Szczyt głupoty".
Mam prośbę.
Mogę to tu na chwilę zostawić? Na pięć minut.
Mam spotkanie i nie chcę wyglądać
na akwizytora.
Masz tu dolara. Kiedy wrócę, dam ci więcej.
Dobrze? To bez wartości. Nie da się sprzedać.
Wiem, bo od dawna próbuję. W porządku? Zaraz wrócę.
- Chris? Tim Brophy z kadr. - Miło mi.
- Chodź. - Oczywiście.
Miałem gdzieś formularz.
Tyle mogę zrobić. Jesteśmy filią.
Naborem kieruje Jay Twistle z centrali.
My tutaj mało możemy.
A wniosków fura.
Miałem jeszcze jeden formularz...
Bardzo dziękuję.
Muszę pędzić.
Przyniosę.
- Dzięki. - Jasne.
Zostawić jej densytometr? Co mnie podkusiło?
Jak mówiłem, szczyt głupoty.
Nie ruszaj się!
Stój!
Nie! Zatrzymać ten pociąg!
Na półroczny staż trafiało 20 osób.
Pracę dostawała jedna.
Na "wykształcenie" dali trzy linijki.
Potrzebowałem znacznie mniej.
Spróbuj zasnąć. Już późno.
To sześcian o boku 7,5 cm.
Celem jest ułożenie jednolitego koloru na każdym z boków.
To najpopularniejszy prezent w 1981 roku.
Rozwiązanie nie jest proste.
Pewien profesor matematyki
ułożył kostkę w 30 minut.
Ja mam na razie tyle.
Jak widać, sporo przede mną.
Z Richmond mówił Jim Finnerty.
Obudź się.
Jedz.
- Pa, mamo. - Pa, skarbie.
- Wróć bez tego. - Tak zamierzam.
Pożegnaj się z nim.
Żegnam. Ozięble.
Z tym "ozięble" to przesadziłaś.
Pa, mamo.
Pa.
Słowo "szczęście" napisali z błędem.
- To przymiotnik? - Nie. Rzeczownik.
Ale z błędem.
- A "kurwa" jest bez błędu? - Bez.
Ale nie należy do motto przedszkola. Tego się nie uczymy.
To słowo, którego dorośli używają, gdy są bardzo źli.
- Zostawmy je w spokoju. Dobra? - Dobra.
Co tam masz napisane?
Moje przezwisko.
Każdy sobie wybierał.
- I jakie wybrałeś? - Ścigant.
- A ty miałeś przezwisko? - Tak.
- Jakie? - Stulitrowy Łeb.
- Co to takiego? - Dorastałem w Luizjanie,
gdzie wszyscy noszą kapelusze. Taki duży nazywa się czterdziestolitrowy.
A że byłem bardzo bystry, mówili na mnie Stulitrowy Łeb.
- Hoss nosi kapelusz. - Hoss?
Ten z Bonanzy.
- Skąd znasz Bonanzę? - Oglądamy u pani Chu.
- W przedszkolu? - Tak.
- Kiedy? Po obiedzie, po leżakowaniu? - Po Statku miłości.
Zrobiłem listę prezentów.
- I co tam masz? - Piłkę do kosza. Albo mrówczą fermę.
- Oglądają telewizję? - Trochę. Żeby poznać historię.
- Statek miłości? - Historię marynarki.
To nie jest o marynarce.
Telewizję ma w domu.
Płacę 150 dolarów miesięcznie. Jeśli ma oglądać telewizję,
nie będzie więcej przychodził.
Przedszkola bez telewizji są droższe.
Późno płaci i narzeka. To ja powinnam narzekać.
Niech pani przynajmniej zamknie tego psa na górze.
Żegnam.
No comments yet. Be the first to leave one.