Las primeras 200 líneas.
SAN FRANCISCO ROK 1878
Żółtki do domu!
Witajcie, bracia!
Jestem Wang Chao.
Pracodawca, Lao Ting, wita was w San Francisco.
Lao Ting współdziała z Amerykanami.
Pracujcie ciężko, szanujcie prawo,
a wrócicie bogaci.
Urzędnicy sprawdzą wasze dokumenty.
Lao Ting opłacił waszą podróż.
Przez cztery miesiące będziecie spłacać dług.
Z drogi! Pieprzony smród!
Jak te małe zasrańce mogą ze sobą wytrzymać?
Te, skośny, wąchałeś się kiedyś?
Nie odchodź, gdy do ciebie mówię.
W mordę! Będzie żreć w piachu.
- Co ty wyprawiasz? - Jestem głodny.
Zostaw.
Chodź.
- Zostaw, mówię. - A ten co?
Wstawiasz się za kolesiem?
- Zadałem ci pytanie. - Gówno pojął.
Niech lepiej pojmie,
bo jeśli zaraz nie odpowie, zakrwawi tę fikuśną koszulkę.
Więcej tego nie rób.
- Skośny zna język! - Jasny gwint! Zrób to.
Powiedz coś.
Nie przepłynąłem tą łajbą połowy świata,
żeby bawić spasione, białe kurwy.
Wystarczy? Powiedziałem.
Myślisz, że możesz tak gadać, bo znasz język?
Język na pewno pomaga.
Żółtek dostanie nauczkę.
- Dasz mi radę? - To złe pytanie.
A jak brzmi właściwe?
Prosto: „Na pewno chcesz się dowiedzieć?”.
Skurwysyn!
WYSTĘPUJĄ
MUZYKA
ZDJĘCIA
OPARTO NA ZAPISKACH BRUCE'A LEE
WOJOWNIK
SCENARIUSZ
REŻYSERIA
- Dokąd mnie wieziesz? - Wyświadczam ci przysługę.
Milcz. Wszystkim się zajmę.
- Znasz angielski? - Dziadek był Amerykaninem.
Lepiej zachowaj to dla siebie.
Gówniane te kamienie.
Jak leci, Chao?
- Co to za cebula? - Zadziorna.
Ma całkiem niezłe umiejętności.
Załatwił trzech oprychów z imigracyjnego. Jakby ich tam nie było.
- Bez jaj. Trzech? - Jest bardzo dobrze wyszkolony.
Uznałem, że najpierw pokażę go wam.
- Przypłynął? - Dzisiaj.
Znasz nas?
Czerń i czerwień. Hop Wei.
Trzech?
- Nie sądzę. - A ja sądzę, że nie za to ci płacą.
- Coś ty powiedział? - Zadziorna cebula!
Podoba mi się. Jak zwykle?
- A zatem to jest ten nowy? - Chao mówi, że umie się bić.
Chao potrafi być upierdliwy, ale w takich sprawach rzadko się myli.
- Nazywasz się? - Ah Sahm.
- Skąd? - Z Foshan.
- Kto cię szkolił? - Sifu Li Qiang.
Czeka nas wojna. Jeśli umiesz walczyć, przyjmę cię.
Młody Jun cię zaprowadzi. Jutro sprawdzimy, co potrafisz.
Ah Sahm!
Czy to ja właśnie zszedłem ze statku?
Słucham?
Pytam, czy to ja przed chwilą przypłynąłem tu na zasranej łajbie.
- Nie pan. - Nie ja.
Bo ja jestem szefem najsilniejszej tongi w Chinatown,
a ty to jeden z 25 tysięcy spłukanych Chińczyków,
którego kupiłem za cenę gównianego wina.
Nie chcę się powtarzać,
ale przypominam, że jesteś tylko jebaną cebulą!
I zanim się ode mnie odwrócisz,
lepiej się, kurwa, pokłoń!
Ostrzegam. Uważaj, jak się odnosisz do Ojca Juna.
Dobra. Nie wiesz, czy zawsze się tak spina?
Wiem, bo to mój ojciec.
Cholera. Nie chciałem nikogo obrazić.
Serio? Bo brzmiało, jakbyś chciał.
- Ja... - Ty?
Robię sobie jaja!
Ale to prawda, że jestem jego synem.
Najpotężniejszego Chińczyka w Chinatown i kurwy.
Tylko dlaczego takim ślicznym?
Ojciec potrafi dopiec. Bo to twardziel.
W wojnach opiumowych walczył z Brytyjczykami pod Szanghajem.
Kutrem rybackim zaatakował pancernik.
Dostał się na pokład i wysiekł tamtych mieczem.
Może i się zestarzał, ale nie warto mu podskakiwać.
- Kapujesz? - Tak.
Nie masz znaku, czyli siedzisz w pokoju.
Klop w korytarzu.
Odpoczywaj. Jutro się tobą zajmiemy.
W mordę.
- Funkcjonariuszu. - Dobry wieczór.
Pomocy! Mordują!
Stać!
Ostrzegam, chłopaki!
Stać!
- Dzień dobry. - Dzień dobry.
Dziękuję.
Nie jesz? Zmarniejesz i twój ojciec będzie miał pretensje.
- Co cię sprowadza, Buckley? - Panie burmistrzu.
Pani Blake.
- Jak się mają nowożeńcy? - Mów, Buckley.
Proszę.
Na Howard zabito dwóch Chińczyków.
- I? - Budowali u Merriweathera.
Kilku roboli rozbiło im głowy młotkami.
- Boże! - Prasa?
Nie wie, ale zwęszy aresztowanie.
Wyciszmy to. Nie chcę zwracać uwagi Sacramento.
Owszem, skrywajmy morderstwo.
Sprawy miasta nie powinny cię kłopotać, moja droga.
A kłopoczą.
- Na pewno Merriweathera? - Z Broome.
A niech to! Zażąda rekompensaty. Idziemy.
To ludzie, a rząd traktuje ich jak kolejny problem legislacyjny.
Uważaj, kochana. Weszłaś z tym rządem w związek.
Zatrzymano dwóch.
Obaj notowani za drobne przewinienia.
Muszą wyjść, zanim reporterzy skończą śniadanie.
- Czekają na przesłuchanie. - Spróbuj przyspieszyć. Dzień dobry.
Merriweather wpadnie w szał. Obiecaliśmy ochronę.
Ruch robotniczy rośnie w siłę, a pracy ubywa.
- Leary zwęszył krew. - Dzień dobry.
Nie on płaci za kampanię.
To prawda. Niestety jest coraz gorzej.
Kiedyś bili Chińczyków, teraz zabijają.
Morderstwa szkodzą reelekcji.
Jak i strata Irlandczyków.
Idź do Merriweathera. Spróbuj go... uspokoić.
Za późno.
Drogi panie Merriweather! Wcześnie pan wstał. Zapraszam.
Herbaty, kawy? A może coś mocniejszego?
- Nie, dziękuję. - Proszę usiąść.
Obiecałeś ochronę, Blake. To byli dobrzy murarze.
Zapewne jest ich tam więcej.
Co poradzić, Lymonie?
Z placami sobie poradzę, ale za Chinatown odpowiadasz ty.
Mam ćwierć miliona ludzi i tylko 75 gliniarzy.
To coś wymyśl. Szybko. Dla twojego i mojego dobra.
Oto i on.
Znasz pana Buckleya?
Pewnie. Moje uszanowanie.
Ponoć odpowiadasz za Chinatown.
Najwyraźniej.
Burmistrz postanowił stworzyć nowy oddział.
- Którym pokierujesz. - Obiecano mi transfer.
Nikt nie zna Chinatown jak ty.
Czterech powinno wystarczyć. I ty.
Pan wybaczy, ale ryzyko jest ogromne,
a szanse awansu zerowe. Nikt się nie zgłosi.
Dlatego wydasz rozkaz. Od burmistrza.
Gratuluję, sierżancie. Komendancie.
Pieprzenie!
A pewnie, bo to gadka polityków.
Blake musi chronić interesy bogatych, ale też przycisnąć skośnych.
Awansujesz i nikomu nie musisz pchać się do dupy.
- Mam wybrać czterech? - Już to zrobiłem.
McLeod, Harrison, Stone i Keller. To żart?
Nie oddam ciebie i czterech dobrych gliniarzy.
Keller to ćpun. On w Chinatown?
Wymień na kogoś, kogo nie chcę.
To jedna wielka kupa gówna!
To pokazówka, Bill. Gra pozorów.
Stan kontra Morgan i Davis. Zabójstwo.
- Oskarżeni się przyznają? - Są niewinni.
Nie powinni trafić do aresztu.
Należy ich zwolnić. Nie ma świadka owej rzekomej zbrodni.
Świadkiem będzie policjant, który dokonał aresztowania.
- Obecny na sali? - Tak.
- Pan to kto? - Funkcjonariusz Richard Henry Lee.
Jest pan gotów zeznawać?
- Tak. - Dobrze. Kontynuować.
- Oskarżenie gotowe? - Tak.
Proces rozpocznie się za cztery tygodnie.
Nie uszkodź się. Czekam na zewnątrz.
Hazard i haracze są dobre,
ale głównym źródłem dochodu jest opium.
Stworzyliśmy imperium, opłaciliśmy porty po obu stronach.
Potem zaczęły się kłopoty.
Ktoś wydymał kogoś od cesarza.
Kilka miesięcy bez melasy i Long Zii obniżył ceny. Kapujesz?
- Tak. - Nie.
Odbierzemy swoje i wykrwawimy skurwieli.
Co?
Widzę mnóstwo facetów. Gdzie kobiety?
Myślałem, że nie zapytasz. Chodź. Znajdę ci cipkę.
Zostaw miskę i chodź!
Chińczyków nie stać na przewożenie żon,
dlatego przyjeżdżają tu głównie te, które się sprzedały.
- Cześć. - Co u ciebie?
No comments yet. Be the first to leave one.