Die ersten 200 Zeilen.
Gdy postępujemy wbrew własnemu dobru
i dobru naszej społeczności,
musimy liczyć się z konsekwencjami.
Musimy szanować strukturę władzy
określoną przez Boga.
Nie prosiłem o taką odpowiedzialność.
Doszedłem do władzy z własnej woli.
Ale parcie, by to osiągnąć, umieściła we mnie wyższa siła.
Jimmy!
Stoję tu z woli boskiej.
Spójrzcie na siebie krytycznie, ludzie.
Uważacie, że cokolwiek może się dziać bez boskiego udziału?
Briggs.
Pilnuj brata.
Szef sądzi, że będzie coś kombinował.
Bóg pobłogosławił mnie środkami i rozumem,
które sprawiły, że mogłem rozwinąć się w tej społeczności.
Nie dość, że otworzyłem Skład handlowy Clarka,
to jeszcze zdołałem sprowadzić tu kolej. Wielu z was nie popiera moich metod.
Jednak uwierzcie, że pan McCallister znał zasady, ale je odrzucił.
Jimmy, idź do domu.
Nie patrz na to.
Wracaj do domu!
"James", tak?
Rozumiesz, co tu dzisiaj ma miejsce?
Ojciec udziela ci cennej lekcji.
Do domu!
Już!
"Znaj swoje miejsce".
Okradł mnie.
Właśnie tak.
Okradł wszystkich tych dobrych ludzi.
To czyni go grzesznikiem. Wiesz, dokąd udają się grzesznicy?
Z całą pewnością nie do Wyoming.
Niech wisi!
Zastrzel woźnicę!
Tato!
Dawaj, Briggs!
Pomocy!
Tato! Żyjesz?
Briggs...
pomocy...
Wezwij lekarza.
Wisisz mi więcej.
- W porządku? - Tak.
Bobby!
Boże, nie...
Jesteśmy kwita.
Zabiłeś mi brata, ty...
STARA SZKOŁA
20 LAT PÓŹNIEJ
Rozwieszam, żeby wyschło, zanim poderwie się wiatr.
Pomożesz czy będziesz tak stał?
Lubię cię obserwować.
Gdy rozwieszam pranie?
Gdy robisz niemal cokolwiek.
- Większość rzeczy robię dla ciebie. - Prawda.
Pewnie dlatego mnie obserwujesz.
Obserwowałbym cię nawet, gdybyś robiła coś nie dla mnie.
- Tylko, na przykład, dla naszej córki? - Tak.
Jesteś dobrą matką. To widać.
Dziękuję.
A ty bądź dziś dobrym ojcem i odprowadź córkę do szkoły.
- Sama może iść. - Potrzebuje cię.
Ja też.
Ja nie dam rady, bo muszę rozwiesić pranie zanim poderwie się wiatr.
- Muszę otworzyć skład. - To ruszajcie, żeby się nie spóźnić.
Brooke!
Tata odprowadzi cię dziś do szkoły.
Dlaczego nie ty?
Tak?
Słuchaj matki.
Dziękuję.
Mam dużo roboty.
Bierz książki i zbierajcie się, bo się spóźnicie.
Przyda wam się wspólny spacer.
Śmigaj!
- Trzeba było jechać konno. - Za mało czasu na osiodłanie konia,
odprowadzenie cię do szkoły i dotarcie w porę do składu.
- Ale konno byłoby szybciej. - Z pewnością.
Nie nadrobilibyśmy czasu straconego na siodłanie konia?
Nie.
Lekcje odwołane ze względu na chorobę pani Valerie.
Co jej dolega?
Ospa?
- To pewnie ospa. - Idź do domu, muszę otworzyć skład.
- Mama nie pozwala mi samej chodzić. - Nie żartuj.
Kazałeś mi słuchać mamy.
To co innego.
Gdybyś kazał mi samej wracać, mama byłaby zła.
SKŁAD HANDLOWY BRIGGSA
Siedź tam i dokończ lekcje.
Dokończyłam. Nauczycielka musi zadać nowe.
To siedź tam i czytaj.
- Dzień dobry, panie Jeffries. - Dobry, panie Briggs! Jak się pan ma?
- Dobrze. W czym mogę pomóc? - Już panu mówię.
Mamcia wbiła sobie do głowy,
że upiecze placek na weekendową zabawę kościelną.
W zeszłym roku upiekła jabłecznik z jabłek pana Johnsona,
które rosną przy wychodku. Nie dziw więc, że smakowały jak gówno
i każdy, kto uszczknął choć kawałek, zaraz się pochorował.
Jak sądzę, gówno z tego wychodka przeniknęło do korzeni drzewa
i sprawiło, że zwykłe jabłko zmieniło smak.
Pan Johnson twierdzi, że to brednie i zabronił mamci korzystać z jego jabłek.
Jeśli chodzi o mamcię i mnie, wszystko w porządku,
bo one i tak smakują jak gówno.
Mamcia ma więc zagwozdkę.
Jeśli nie może upiec jabłecznika, to co upiecze?
Placek.
To właśnie upiecze.
I przyniesie go na kościelną zabawę w niedzielę.
Czy potrzebuje pan czegoś ze składu?
Rozgadałem się na temat mamci, zamiast zdradzić powód wizyty.
Mamci trzeba mąki.
W swojej znalazła wołki zbożowe i tym razem wszystkich nie odsieje.
- Ile tego? - 10 kilo wystarczy.
Nie zauważyłem cię.
Wcale bym ich nie ukradł. To taka nasza zabawa.
10 kilo mąki. Dolar i pięć centów.
- Dopisze pan do rachunku mamci? - Owszem.
Dziękuję, panie Briggs. Może zobaczymy się w niedzielę.
Droga pani...
Wszystko już przeczytałaś?
Próbował ukraść żelki.
- Co? - Ten mężczyzna.
Pan Jeffries.
Przyłapałam go na kradzieży, więc je odłożył.
Odłożył je?
Tak.
Rozmówię się z nim, gdy tu wróci.
Żelka?
Nie.
To o co chodzi?
Miał brudne ręce.
Nie chciałem pani wystraszyć.
- Nie wiedzieliśmy, czy ktoś jest w domu. - Ja jestem.
W czym mogę pomóc?
Najpierw przeproszę za niestosowne przywitanie.
Podróżuję z towarzyszami od kilku dni.
Zgubiliśmy się i jesteśmy już wykończeni.
Z towarzyszami?
Owszem.
To jest Boots. Wolał zaczekać przy drodze, by nikogo nie przestraszyć.
A ten za panią, to Duży Mike.
Proszę wybaczyć.
Sprawdzałem tylko, czy nie ma nikogo w ogrodzie.
- Był ktoś? - Nie.
Należało zapukać do drzwi.
Pukaliśmy.
Tak było.
Duży Mike podszedł do drzwi i załomotał. Na własne oczy widziałem.
Pewnie niezbyt głośno. Niczego nie słyszałam.
A jednak.
Panowie, jeśli pozwolicie mi odłożyć pranie,
to wskażę wam drogę do miasta.
Spacerkiem to pół godziny stąd.
Mają hotele, knajpy i łaźnię z nowiutkim prysznicem.
Gdyby była pani taka miła.
Będziemy zobowiązani.
Spodziewam się męża. Może osobiście was pokieruje.
- Pani mąż? - Zgadza się.
Powinien wrócić lada chwila.
Czy to ten, którego wcześniej widzieliśmy na drodze?
Z dziewczynką?
Tak, odprowadzał córkę do szkoły.
A to dobre.
Dorosły mężczyzna odprowadza dziewczynkę do szkoły.
Żyjemy w nowych czasach.
Na to wygląda.
Prawda?
Mówi pani, że miasto jest pół godziny stąd?
Zgadza się.
Jeśli mąż tylko odprowadzał córkę, to coś długo nie wraca.
Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Pomóż mu.
- Żyjesz? - Kopnęła mnie w jajca!
Właśnie zlała cię kobieta z praniem w rękach.
Masz w ogóle jajca?
Proszę otworzyć. I tak tam wejdziemy.
Po co nas wkurzać?
Zdaje się, że nas pani nie zrozumiała.
Nie ma co się chować. Nie mamy złych intencji.
Lepiej już jedźmy. Ten szeryf depcze nam po piętach.
Nie mamy więcej niż półtora dnia przewagi. Chyba, że chcesz wrócić do ciupy.
Eustice, zamknij japę.
Rozumiem, że się pani boi. Proszę się pokazać.
Przecież nie mamy broni. Chcemy tylko pogadać.
Dalej, przyprowadźcie ją tu.
- Przeżyjesz? - Tak.
COLTON BRIGGS
Dajcie ją tu!
- Rozwaliła sobie rękę. - Nie szkodzi.
Źle zaczęliśmy.
I to przez panią.
Ja się pani przedstawiłem, czyż nie?
Głośno i wyraźnie.
Nie odpłaciła mi pani tym samym, prawda?
Zadałem pytanie.
Nie licz na szacunek.
Powiedz,
No comments yet. Be the first to leave one.